dr Grzegorz Czelej

dr Grzegorz Czelej

Senator RP

Rekord papierowych innowacji

Gdyby ta ważna cecha nowoczesnej gospodarki zależała od liczby raportów na jej temat, Polska znajdowałaby się w światowej czołówce – pisze senator.

Raportów o innowacyjności publikuje się u nas od lat dziesiątki, często pod patronatem ministra gospodarki. Mogłoby się więc wydawać, że wszystko w porządku, gdyby nie to, że w tych analizach powtarza się od lat jak mantra: „Polska gospodarka pod względem innowacyjności pozostaje daleko w tyle za większością państw członkowskich UE". Co powoduje, że znajdujemy się np. pod względem liczby rejestrowanych patentów i wynalazków na szarym końcu Europy? Czyżby Polacy cierpieli na jakąś genetyczną przypadłość, która ogranicza ich wynalazczość?

Polska montownią

Innowacyjność gospodarki, która opiera się na umiejętności i motywacji przedsiębiorców do prowadzenia badań naukowych rozwijających produkcję, do poszukiwania nowych rozwiązań i pomysłów, do tworzenia nowych produktów i ulepszania technologii, zależy od warunków strukturalnych, od całego systemu politycznego i gospodarczego państwa. I właśnie braki w tej dziedzinie powodują głęboki deficyt innowacyjności, z którym zmagamy się od lat. Konsekwencje tego stanu są oczywiste: zmniejszenie konkurencyjności naszej gospodarki, a w rezultacie słabszy rozwój i niższy poziom życia w porównaniu z krajami, których systemy ekonomiczne i polityczne bardziej sprzyjają innowacjom.

Prof. Krzysztof Rybiński od lat bije na alarm. Przytacza miażdżące dla naszego kraju dane: 49. miejsce w rankingu Global Innovation Index 2013 (daleko za Bułgarią – 41. miejsce i za Rumunią – 48.) czy katastrofalną wręcz 110. pozycję w efektywności wykorzystania zasobów innowacyjnych (Bułgaria i Rumunia są 34. i 35.). Przepaść dzieląca nas od czołówki w ostatnich latach rośnie. Oto np. inwestycje firm w badania i rozwój spadły w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W 2006 r. Polska znajdowała się na 31. miejscu w świecie, w 2012 r. – już na 88., a w ubiegłym roku spadła na 103. pozycję.

W czasie, gdy do Polski napłynęło 
9 mld euro w ramach unijnego programu „Innowacyjna gospodarka", nastąpił dotkliwy spadek wskaźników innowacyjności. Odsetek firm wdrażających odkrywcze rozwiązania produkcyjne spadł z 25 proc. w roku 2005 do 15 proc. obecnie. Wiele wskazuje na to, że to skutek kilku powiązanych procesów, które były rezultatem wad systemu absorpcji pieniędzy z UE oraz negatywnym efektem ubocznym wejścia do Polski kapitału zagranicznego.

Zacznijmy od rozrostu administracji pod pretekstem obsługi funduszy z UE. Pomijając koszty finansowe, warto zwrócić uwagę, że w interesie tej kasty urzędniczej jest komplikowanie procesów administracyjnych, od których zależą przecież jej miejsca pracy i dochody. Powoduje to utrudnienie, a nie ułatwienie działalności przedsiębiorców. Stąd bierze się m.in. wielokrotnie opisywana fiksacja na punkcie formalnej poprawności wypełniania skomplikowanych wniosków.

Wynalazcy w zarękawkach

Akcent położony na kwestie proceduralne ma negatywny efekt uboczny. W celu obsługi rzeki funduszy, do których dostęp obwarowany został stosami formularzy, powstał cały sektor firm zajmujących się pośrednictwem w uzyskaniu pieniędzy z UE. Znalazły w nich zatrudnienie dziesiątki tysięcy ludzi, najczęściej młodych, wykształconych i innowacyjnych. Ich energia i pomysłowość skierowane zostały na bezproduktywny, choć dobrze opłacany obszar biurokracji. Zamiast przyczyniać się do rozwoju gospodarki, zajmują się wypełnianiem tabelek.

Jedną z największych pozycji, na które przeznaczane są fundusze z UE (48 mld zł), są szkolenia w ramach programu „Kapitał ludzki". Jednak widząc programy wielu z nich, można mieć wątpliwości, czy te ogromne pieniądze przyczyniają się do wzrostu innowacyjności.

Być może jeszcze większym problemem jest zmiana struktury własnościowej w gospodarce i wzrost liczby podmiotów należących do korporacji międzynarodowych. Działalność naukowo-badawcza jest tam zwykle prowadzona w centrali, gdzie najłatwiej ją kontrolować i zarządzać. Często przejęcie polskiej firmy wiązało się z ograniczeniem lub likwidacją badań i rozwoju, zamknięciem laboratoriów, emigracją najlepszych badaczy itd. Przykładem może być Telekomunikacja Polska, która jeszcze w 2007 r. w globalnym rankingu przedsiębiorstw wydających najwięcej na badania jako jedyna polska firma znalazła się w pierwszej pięćsetce na pozycji 488. Kolejna nasza firma – KGHM Polska Miedź była wtedy dopiero 864. W 2013 r. wśród 1500 spółek, które najwięcej inwestują w innowacje, nie pojawiła się już ani jedna z naszego kraju...

Barierą dla innowacyjności polskich firm na pewno nie jest mityczna „niechęć przedsiębiorców do podejmowania ryzyka związanego z wprowadzaniem nowych rozwiązań i produktów", na którą powołuje się Ministerstwo Gospodarki, próbując usprawiedliwiać swoje zaniedbania. Jako przedsiębiorca wiem, że każdy, kto prowadzi działalność gospodarczą, z ryzykiem jest dobrze oswojony i z pewnością podjąłby się wprowadzania innowacyjnych rozwiązań, gdyby nie stały mu na drodze biurokratyczne przeszkody.

Rozwiązanie problemu

Gdybym miał wskazać najważniejsze działania, które należałoby podjąć, aby Polska wkroczyła na drogę innowacyjnego rozwoju, zwróciłbym uwagę na zracjonalizowanie systemu finansowania firm innowacyjnych, poprawę jakości krajowego systemu badań i nauki oraz na wsparcie dla jak najściślejszej kooperacji środowisk biznesowych i naukowych. Niestety, ze strony rządu czy ministra gospodarki nie widać inicjatyw, które mogłyby przełamać impas.

 

Źródło: Portal ekonomia.rp.pl